Posted in ,

Kurs językowy - co robić, by motywacja nie malała?

piątek, 20 lipca 2012 11:51

Zdarzyło Wam się zapisać na kurs języka obcego, ZAPŁACIĆ za niego, a potem nie chodzić? Albo chodzić w kratkę?

No więc mnie się (niestety) zdarzyło. Najgorsze jest to, że właściwie przez cały czas trwania kursu nie zdawałam sobie sprawy ze swojej abnegacji. Miałam wrażenie, że chodzę w miarę regularnie i dopiero rzetelne podliczenie i podsumowanie obecności odsłoniło ponurą prawdę. Najczęściej powodami wypisania sobie "samousprawiedliwienia" były: ból głowy, zmęczenie, zła pogoda, głód i wiążące się z tym wszystkim przeświadczenie "i tak niczego się nie nauczę, już lepiej wracać do domu". Wymówka za brak pracy domowej: eee... nie miałam czasu.

Jednym słowem - porażka.

Poświęciłam chwilę na zastanowienie się, dlaczego TAK NAPRAWDĘ nie chodziłam na ten kurs i oto co mi wyszło:
1. Kurs odbywał się w miejscu dość oddalonym od mojego miejsca pracy (10 min. pieszo + 20 min. tramwajem + 5 min. pieszo) i domu (25 min. autobusem).

2. Kurs był tani - za 30 h zapłaciłam ok. 250 zł. Przyjmując, że nie było mnie na połowie zajęć, "przeputałam" 125 zł. Gdybym chodziła na regularny kurs, kosztujący np. 1200 zł, chodzenie w kratkę kosztowałoby mnie o wieeele drożej.

3. Prowadzący był bardzo miły, ale nie jestem pewna, czy do końca kompetentny. Nie umiał poprowadzić zajęć w sposób ciekawy i różnorodny.

4. Na zajęcia było zapisanych ok. 20 osób, a przychodziło 15 - ale oczywiście nie wciąż tych samych, przez co jakakolwiek integracja była praktycznie niemożliwa.

5. Nic mi nie groziło za opuszczanie zajęć, nie miałam też jakiegoś celu, dla którego w nich uczestniczyłam.

Wnioski, jakie nasuwają się z tej wyliczanki, są jednoznaczne. Przede wszystkim, powinnam zapisać się na kurs odbywający się blisko mojej pracy, tak, aby zebranie się na zajęcia nie było równoznaczne z całą wyprawą. Wcześniej nie brałam w ogóle pod uwagę również tego, że powroty autobusem wykluczają w moim przypadku czytanie książki (choroba lokomocyjna), dlatego za każdym razem marnowałam 25 minut. Szkoła, która ma siedzibę koło metra, zyskuje więc dodatkowe plusy.

Jeśli chodzi o ilość osób w grupie, to mam do tego ambiwalentny stosunek. Najmilej wspominam kurs francuskiego, w którym uczestniczyło sześć świetnych dziewczyn. Miałyśmy ze sobą wiele wspólnego i każde zajęcia były prawdziwą przyjemnością. Ale chodziłam także na kurs rosyjskiego w grupie liczącej 15 osób - i też było super. Wszyscy byli bardzo zmotywowali, pojawiali się prawie na każdych zajęciach, a dodatkowo zadania wyznaczane przez prowadzącego wymuszały integrację. Nie będę się więc do końca kierować liczebnością grupy, myślę jednak, że w przypadku najpopularniejszych języków, a zwłaszcza angielskiego, im mniej osób i większa integracja - tym lepiej.

Kolejny wniosek: potrzebna mi motywacja. Niestety, mój wewnętrzny motywator jest bardzo słaby i chodzenie na kurs "tak sobie" jak widać nie zdaje w moim przypadku egzaminu. Myślę o tym, by postarać się o współfinansowanie kursu języka obcego przez mój zakład pracy. Refundacja kosztów odbywa się tylko wtedy, gdy zaliczy się egzamin na koniec kursu i gdy liczba nieobecności nie przekracza zdaje się 25%. To byłoby na pewno bardzo motywujące, ale na razie nie wiem, czy takie finansowanie zostanie mi przyznane.

Drugim "bacikiem" byłoby zapisanie się na egzamin językowy:

- Angielski: myślę, że mogłabym przystąpić do egzaminu CPE w czerwcu lub grudniu 2013 roku, gdybym naprawdę się sprężyła i rzetelnie "przerobiła" cały kurs. W grę wchodzą też np. certyfikaty języka biznesowego.

- Francuski: zupełnie nie czuję się na siłach zdawać DALF C2 (ledwo zdałam ten na poziomie C1). Myślę, że trochę się uwsteczniłam od czasu, gdy zdobyłam certyfikat. Najchętniej poszłabym najpierw jeszcze raz na kurs C1, a dopiero potem na ten przygotowujący do poziomu C2.

- Rosyjski: moja wiedza jest zbyt nieusystematyzowana, by myśleć o certyfikatach. Najpierw przebrnę przez kurs A2, a potem będę myśleć o certyfikacie na poziomie B1.

- Portugalski: na razie nie stać mnie na regularny kurs, więc uczę się sama. Tutaj jednak mam najmniejsze problemy z motywacją, ponieważ uwielbiam ten język. :)

Wychodzi na to, że najlepiej byłoby zapisać się na kurs angielskiego i starać się o jego dofinansowanie. Certyfikat jest w moim zasięgu, a dodatkową motywacją były by wymogi zakładu pracy. Drugą opcją jest francuski - co prawda bez perspektywy certyfikatu, ale być może z dofinansowaniem, stanowiącym motywację. Na rosyjski mogłabym chodzić z "funduszy prywatnych", ale tylko do dobrej, korzystnie usytuowanej szkoły, z małą ilością osób w grupie. Natomiast portugalskiego mam zamiar uczyć się na razie tylko w domu.

Plan nauki języków jest więc taki, że jeszcze w to lato kończę kurs rosyjskiego na poziomie A2. Od nowego roku akademickiego zapisuję się na dwa kursy:
- jeden dwa razy w tygodniu, drugi tylko raz
- francuski lub angielski z dofinansowaniem i rosyjski prywatnie.

Być może ta analiza i rozpisanie planu uchroni mnie przed takimi nieprzemyślanymi decyzjami, jakie podjęłam ostatnio, a co się z tym wiąże - przed stratą czasu i pieniędzy.

Ps. Kurczę, nauka wielu języków na raz to jak jakiś popis żonglerki - zajmujesz się jednym, to drugi rdzewieje...

Comments

klaidua

Wow, zazdroszczę znajomości tylu języków. Masz naprawdę sporo motywacji! A co do kursów, to swego chodziłam na niemiecki (raz w tygodniu), ale stwierdziłam, że to nie dla mnie. Nauka online bardziej mi służy - nie rozważałaś takiej opcji?

Majson

Ja miałam taka sytuację z językiem szwedzkim. Zapłaciłam za kurs a później ledwo mnie na nim widzieli. Powód był prosty - lenistwo + brak zainteresowania tym językiem. Powodzenia.

Parole

A ja własnie mam wprost odwrotnie. Jeśli zapiszę się na kurs płatny to czuję motywację bo wiem, że idą na to moje pieniądze.. I jest mi najwidoczniej szkoda nie pójśc bo mam wrażenie, ze omienie mnie coś ważnego..

Czytelnik

Ja również mam większą motywację uczęszczając na kurs płatny :)

Pola Zas

Rosyjski, ach! Też chcę ruszyć z A2, ale póki co trzyma mnie hiszpański. Nie chcę się rozdrabniać, bo już wiem jak było z rumuńskim - za dużo języków i żaden nie jest opracowany w zadowalającym stopniu :(

Paulaaaa

Ładnie u Ciebie z tymi językami ;) Ja na razie intensywnie skupiam się na hiszpańskim i czasem sięgam do angielskiego, ale ten ćwiczę na bieżąco rozmawiając, więc mi nie "rdzewieje" jak to napisałaś. Niemiecki stoi trochę w tyle, ale jak tylko z hiszpańskim bardziej się oswoję, to niemiecki znów wróci do gry ;)

Karolina

Kurde, tyle języków! Podziwiam :)
Życzę duuuużo motywacji ;)

Sana

klaidua - na razie nie myslałam o nauce on line, głównie dlatego, że bardzo dużo czasu spędzam przed kompm i nie chciałabym sobie dodawać kolejnych godzin, poświęconych na naukę języków. A myślę, że motywację (brak bacika, niestety) miałabym podobą, co uczenie się po prostu z książki.

Majson - no więc właśnie... Choć np. takim angielskim cżłowiek właściwie MUSI się interesować, co nie? ;)

Parole - póki szły na to pieniądze moich rodziców, to miałam ogromną motywację. Teraz, gdy idą moje, myślę sobie pfff... trudno. :/

Czytelnik - no więc właśnie problem u mnie jest taki, że dochodzi myślenie - bez sensu, nie dość, że zaplłaciłam ,to jeszcze się męczę. To już trudno, przeboleję, ale przynajmniej męczyć się nie będę.

Pola Zas - no, trzeba z tym uważać. Moim zdaniem dwa języki na raz to jest maksimum przerobowe... :P

Paulaa - mnie ten angielski też tak bardzo nie zarasta chwastami, bo albo artykuł czytam, albo film oglądam... Gorzej z pisaniem. Bez ciągłej praktyki umiejętność pisemnego wysławiania isęzanika. :/

Karolino, dziękuję! :)

Leave Comment

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...